piątek, 10 października 2014

Jak to wydrzyki na sowach latały

Spędzić wakacje tak, żeby ani chwili się nie nudzić... to chyba marzenie każdego. Mi się to udało! Samą końcówkę akademickiego odpoczynku spędziłem nad morzem, uczestnicząc w obozie ornitologicznym organizowanym przez Stowarzyszenie Ochrony Sów. 

Do Krynicy Morskiej pojechałem z poznanym dwa miesiące wcześniej na obrączkowaniu łabędzki krzykliwych Tomkiem. Całą trasę przegadaliśmy na tematy przyrodnicze; otrzymałem kilka cennych wskazówek, które na pewno wykorzystam w przyszłości. Do mety dotarliśmy kilka minut przed godziną piątą rano i jak się okazało... była to najciekawsza sowiarsko noc, pod czas której mogłem z bliska przyjrzeć się trzem uszatkom Asio otus, które wpadły w sieci ornitologiczne. Do samego końca mojego pięciodniowego pobytu na obozie złapała się jeszcze tylko jedna, w wigilię mojego odjazdu. W migracji naszych pospolitych sów przeszkadzała deszczowa i wietrzna pogoda. Ta sama aura okazała się jednak błogosławieństwem!

Względnie zła pogoda, mocny północno-wschodni wiatr przywiał do Polski bardzo rzadkie ptaki - wydrzyki. Będąc na plaży w Kątach Rybackich miałem przyjemność obserwowania dwóch gatunków: wydrzyka długosternego Stercorarius longicaudus (widocznego na zdjęciu powyżej) i wydrzyka tęposternego Strecorarius pomarinus. Co ciekawe, tego najpospolitszego i niepodlegającego zgłoszeniom do Komisji Faunistycznej "pasożyta" - wydrzyka ostrosternego Sterocorarius parasiticus nie zaobserwowałem. Pierwsze spotkanie z wydrzykami było dość nietypowe.

Leżąc na plaży fotografowałem mewy, gdy nagle załoganci, z którymi byłem na plaży zaczęli krzyczeć. Zerwałem się z ziemi i tylko przez ułamek sekundy widziałem sylwetkę znikającego za sosnami wydrzyka tęposternego. Plułem sobie w brodę, bo nie miałem pojęcia o nadlatujących kolejnych ptakach. Kilka minut później dostaliśmy telefon od ornitologów z Krynicy, że leci kolejny wydrzyk, tym razem długosterny. Byłem czujniejszy i już całkiem świadomie obserwowałem ptaka wielkości dużej mewy, który przeciął powietrze dosłownie kilka metrów nad moją głową. Chwilę później wypatrzyliśmy kolejnego przelatującego nad plażą wydrzyka długosternego. W oddali, na horyzoncie przez lunetę obserwowaliśmy inne ptaki z rodziny wydrzyków, których jednak ze względu na odległość nie udało się oznaczyć. Prawdopodobnie były to właśnie "pasożyty". Na zakończenie, gdy już zbieraliśmy się by wrócić do "bazy", pożegnał nas wydrzyk tęposterny (ten na zdjęciu poniżej). Tak to właśnie wydrzyki na sowach latały - w ciągu pięciu dni mojego pobytu nad morzem spotkałem więcej wydrzyków niż uszatek. Ale nie tylko wydrzyki były obiektem mojej ekscytacji przyrodniczej ostatniego tygodnia wakacji.



Może się to wydawać zabawne, ale jako człowiek mieszkający na obrzeżach gór, nigdy nie widziałem bielika Haliaeetus albucilla, największego polskiego ptaka drapieżnego, który jest w miarę pospolitym gatunkiem w niektórych regionach kraju. Widziałem za to orła przedniego Aquila chrysaetos, najrzadszego orła gniazdującego w Polsce. Podczas objazdowej wycieczki (dla mnie to nowa forma obserwacji!) po lokalnych terenach rolnych, generalnie już zaoranych w końcu się udało! Bez lornetki wydawało się, że na jednym z pól stoi jakaś duża gęś. Gdy jednak przyjrzałem się przez lornetkę to okazało się, że na polu jest... bielik! Skakałem z radości jak dziecko! Ptak później przez chwilę kołował nad nami, a mi udało się zrobić ciekawe zdjęcie, które pokazuje różnice w wielkości pomiędzy bielikiem, myszołowem Buteo buteo i dymówką Hirundo rustica.

Jeszcze innego dnia, co chyba wzbudziło we mnie większą radość niż tą podczas pierwszego spotkania z bielikiem był widok najpospolitszej na polskim wybrzeżu foki szarej Haliocherus grypus, która nękana przez mewy jadła rybę.

Ostatniego dnia wybrałem się na wieżę drapoliczową i mogłem podziwiać "morze" migrujących wróblaków. Prócz nich oczywiście "drapole", do badania przelotów których została postawiona wieża. Widziałem krogulce Accipiter nisus, sokoła wędrownego Falco peregrinus, czy kobuza Falco subbuteo. Taka końcówka wakacji - to naprawdę niesamowite!









czwartek, 18 września 2014

Długo wyczekiwane spotkanie

Na tatrzański Giewont wybrałem się głównie z myślą o spotkaniu niedźwiedzia brunatnego, którego już wielokrotnie bezskutecznie wypatrywałem podczas górskich wędrówek. Do spotkania z nim przygotowywałem się dość długo... Prześledziłem wcześniej różne mapy z zaznaczonymi miejscami, skąd docierał sygnał nadajnika założonego niedźwiedziowi, przeszukałem wszelakie fora przyrodnicze oraz inne źródła informacji o miejscach, gdzie turyści najczęściej trafiali na ślady niedźwiedzia. Odpowiednio dobrałem więc miejsce i czas, który w przypadku zwierząt również nie jest bez znaczenia. 

Późne lato jest też czasem, kiedy zwierzęta te są bardzo aktywne i mniej płochliwe niż w zwykle, gdyż przed zimowym snem musza nabrać masy i zgromadzić wystarczającą do przetrwania ilość tłuszczu. Stąd też zwłaszcza wczesnym rankiem dosyć łatwo jest wypatrzeć niedźwiedzie żerujące na górskich stokach. Po wielu nieudanych próbach w końcu i mi się udało!

Zanim jednak spotkałem niedźwiedzia, który szukał pokarmu na stoku Kopy Kondrackiej, natrafiłem na kilka świeżych śladów jego obecności. Oto jeden z nich ;)

Trzeba przyznać, że niedźwiedź brunatny jest potężnym zwierzęciem. Mimo, że widziałem go z odległości 200 metrów, to już można czułem przed nim respekt. Dorosłe osobniki ważą do 800 kilogramów i mierzą w pozycji wyprostowanej nawet 3 metry. Mimo znacznych rozmiarów nie jest to bezwzględny drapieżnik jak lwy czy tygrysy. Choć poluje na zwierzynę leśną, to żywi się także nasionami, grzybami, ślimakami, jajami ptaków, miodem, borówkami, dżdżownicami czy rybami. Niedźwiedzie brunatne są samotnikami, a w pary dopierają się tylko na czas godów.


piątek, 5 września 2014

Babiogórskie wschody słońca

Każdy z nas ma takie swoje miejsca, do których zawsze lubi wracać. Dla mnie jednym z tych miejsc Babia Góra (1725 m n.p.m.), najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego i w ogóle całych polskich Beskidów.

Babia Góra w szczególny sposób wiążę się z moimi początkami przyrodniczymi oraz zaczątkiem górskich wędrówek. To pierwsza zdobyta przeze mnie góra mająca ponad 1000 metrów wysokości, a także miejsce gdzie wraz z wujkiem ornitologiem spotkałem wiele niebanalnych gatunków ptaków jak siwerniak, białorzytka, płochacz halny. Tu pierwszy raz, na Perci Akademików, miałem okazję wspinać się na szczyt po łańcuchach. Babią szczególnie uwielbiam za piękne wschody słońca, co z resztą widać na załączonym zdjęciu.

Wspominając ów majowy długi weekend, kiedy rozpoczęła się moja przygoda z przyrodą, trzeba powiedzieć też o wyprawie na Babią Górę. To tutaj dowidziałem się jak wygląda żywiec gruczołowaty czy szczawik zajęczy.

Dziś miałem pierwszy raz okazję wabić sóweczkę za pomocą gwizdów. Choć ptaka nie spotkałem, to widząc spore poruszenie wśród małych ptaków można było wywnioskować, że sóweczka jest tu stałym bywalcem. Może następnym razem... ;)





czwartek, 4 września 2014

Wakacje 2014

Tegoroczne wakacje były dla mnie, nadal są, bo to przecież jeszcze miesiąc, czasem spędzonym bardzo aktywnie. Przez dwa tygodnie lipca miałem okazję poznawać piękno Beskidu Niskiego jako wolontariusz w Magurskim Parku Narodowym. Po powrocie z jednego z najdzikszych zakątków naszego kraju uczestniczyłem w obrączkowaniu łabędzi krzykliwych. W sierpniu wybrałem się na Akcję Carpatica, podczas której mogłem z bliska przyjrzeć się pracy ornitologów obrączkujących ptaki i zajmujących się badaniem tras migracji. Przebywałem też przez 5 dni na wolontariacie w Tatrzańskim Parku Narodowym, gdzie łapiąc gryzonie, pomagałem znajomemu w badaniach do pracy doktoranckiej.

Każda chwila spędzona w terenie jest dla mnie na wagę złota. Cieszę się, że mogłem nabrać doświadczeń w pracy przyrodniczej, ale też z wartościowych ludzi, których poznałem podczas inicjatyw. Oby więcej takich chwil i takich ludzi!

Na zdjęciu orlik krzykliwy Aquila pomarina.

Przełomowe chwile

21-letni chłopak dość z przypadku trafił na studia ochrony środowiska. Wcześniej z przyrodą nie łączyło go zbyt wiele. Kochał sport, a jego największą pasją była piłka nożna. W długi weekend majowy 2013 roku wszystko się jednak zmieniło. Młodzieniec miał na studia przygotować projekt ścieżki przyrodniczo-edukacyjnej, a że jego "przyszywanym" wujkiem był ornitolog, wybrali się na wycieczkę wzdłuż rzeki Skawy by obserwować lokalną awifaunę i zebrać materiały do pracy. Ptaków zbyt wiele na swojej drodze nie spotkali i nieco zawiedzeni wracali już do domu gdy... Wujek zobaczył dosyć duże poruszenie na stawach, które mijali jadąc samochodem. Zatrzymali się i nad rudzkimi stawami spędzili następne kilka godzin widząc m.in. cyraneczki, perkoza rdzawoszyjego, czaplę purpurową... Jak się później okazało, te godziny w życiu młodego studenta były przełomowe.

Chłopak złapał bakcyla. Zaczął w teren z lornetką, obserwować, czytać. Po dwóch miesiącach kupił aparat by dokumentować swoje obserwacje. W zimie uczestniczył w pierwszych przyrodniczych eventach. Wciągało go to coraz bardziej i bardziej... Nowa pasja zaczęła wypierać z jego życia futbol i otwierać oczy na świat, który zawsze był tak blisko, a którego do tej pory nie dostrzegał.

Tak rozpoczęła się moja przygoda z przyrodą, którą z każdym dniem kocham coraz bardziej i bez której nie wyobrażam sobie już teraz życia. Zapraszam do śledzenia mojego bloga.

Na zdjęciu młody łabędź krzykliwy Cygnus cygnus.