![]() |
| Świnica (2301 m n.p.m.) |
22 grudnia – pierwszy dzień zimy… kalendarzowej. Gdy
wychylam głowę za okno krakowskiego mieszkania to tej zimy nie widać. Nie ma
ani śniegu, ani mrozu i nic nie zapowiada, by ten stan się zmienił. W
poszukiwaniu zimy, tej prawdziwej, udałem się w Tatry z ambitnym planem
zdobycia Świnicy.
Już sam początek wędrówki zapowiadał się obiecująco. Nie
minęło 10 minut, a zaliczyłem pierwszą w tym sezonie lodową glebę. Żółty szlak z Kuźnic przez Dolinę Jaworzynki
był bardzo oblodzony, ja jednak zamiast od razu założyć raki z uporem
przedzierałem się przez „lodową trasę”. 20 minut marszu i… druga gleba. Miarka
się przebrała, czas był najwyższy by założyć raki.
Maszerowało się o
niebo lepiej. Krótka przerwa śniadaniowa w Murowańcu i kilka minut po godzinie
10:00 wraz z towarzyszem wędrówki ruszyliśmy w dalszą drogę zastanawiając się,
który z wariantów obrać: czy kierować się niebieskim szlakiem na przełęcz
Liliowe (miejsce oddzielające Tatry Wysokie i Tatry Zachodnie), czy czarnym
bezpośrednio do Przełęczy Świnickiej. Po sprawdzeniu stanu stabilności pokrywy
śnieżnej zdecydowaliśmy się na opcję drugą.
Wędrówka w górę przebiegała bez problemu. Głównym zmartwieniem
był widok śmigłowca TOPR (w ciągu całego dnia aż cztery razy widzieliśmy
śmigłowiec lecący w kierunku Orlej Perci). Drążąc schody w śniegu pokonywaliśmy
Kotlinkę Świnicką z każdym krokiem zbliżając się do przełęczy. Aż tu nagle… Już
widzieliśmy drogowskazy, już byliśmy 5 metrów od przełęczy… Powstrzymał nas
ogromny nawis śnieżny, którego nie sposób było ominąć, a na który wchodząc
spowodowalibyśmy lawinę. Obejść bokiem? Też się nie dało, gdyż obie ściany były
bardzo, bardzo oblodzone. Czekany nie pomogły. Zawróciliśmy i spróbowaliśmy się
dostać do grani sąsiednim fragmentem żlebu (tym, który idzie nieco na prawo od
właściwej drogi). Przeszliśmy około 20 metrów, ale znów musieliśmy dać za
wygraną, gdyż śnieg w tym miejscu nie był już tak stabilny.
Zdrowy rozsądek nakazał odwrót. Szybki zjazd na czterech
literach Kotlinką Świnicką i już po chwili byliśmy w dolinie. Była już godzina
14:00, a więc należało się spieszyć, bo jak wiadomo, zimowe dni do najdłuższych
nie należą, a w górach szybciej niż gdziekolwiek indziej robi się ciemno. Tuż
po zmroku, wracając przez Boczań (szlak w górnej części jest bardzo oblodzony,
mniej więcej w połowie – w lesie, robi się już przyjemniej) dotarliśmy do
Kuźnic.
To moje drugie podejście na Świnicę i drugie nieudane. W
zeszłym roku powstrzymała mnie mgła i opad śniegu, w tym… brak intuicji. Może
gdyby iść przez Liliowe to by się udało? Mawiają, że do trzech razy sztuka.
Wesołych Świąt!
