czwartek, 14 marca 2019

Uścisk



Nastała pora godowa żab trawnych Rana temporaria

Ciepłe temperatury przedwiośnia spowodowały wybudzenie się żab z zimowego odrętwienia. Zaraz po przebudzeniu, żaby trawne nie myślą o toalecie, śniadaniu, czy drapieżnikach, które mogą czaić się wszędzie. Jedynym celem tych płazów na najbliższe dni jest przekazanie genów. Inaczej mówiąc, żaby interesuje tylko seks! Żaby trawne podejmują więc masową wędrówkę w kierunku zbiorników wód stojących. Jedne idą samotnie, inne złączone w ampleksus.

Ampleksus (z języka łacińskiego) oznacza uścisk. Jest to połączenie się samicy z samcem, które może trwać nawet kilka godzin. W przypadku żaby trawnej jest to dokładniej mówiąc ampleksus pachowy. Czasem samica może być połączona z dwoma, a nawet więcej kilkoma samcami. Główny trud wędrówki spada na samicę. Wyobraźcie sobie więc, że do jej pleców przykleiły się dwa lub trzy samce... Tym większy szacun! Czego to nie sprawią hormony... Tak złączone płazy kres wędrówki znajdują w wodzie, w której żaby intensywnie godują. Samica składa skrzek, samiec zapładnia jaja, dając start nowemu pokoleniu.

Czasem zdarzyć się może, że gody żab odbywają się w powstających po roztopach wielkich kałużach, które po pewnym czasie wysychają lub mogą być rozjechane przez różnego rodzaju pojazdy. Jest to swego rodzaju pułapka ekologiczna, zagrożenie dla gatunku. Również sama wędrówka często może się skończyć tragicznie, gdy żaby przechodzą przez jezdnię.

Mimo wielu niebezpieczeństw czyhających na żaby trawne, w skali kraju nie wydaje się być obecnie zagrożona. Należy jednak dodać, że ostatnimi czasy liczebność tego gatunku spada. Żaby możemy spotkać na terenie całego kraju, zarówno na niżu, jak i w górach, a najwyżej położone stanowiska znajdują się w Tatrach. Płaz ten jest w Polsce pod ochroną.

Źródło: Majtyka T., Ogielska M. 2012. Żaba trawna Rana temporaria. W: Makomaska-Juchiewicz M., Baran P. (red). Monitoring gatunków zwierząt. Przewodnik metodyczny. Część III. GIOŚ, Warszawa, s. 466-480.

niedziela, 9 lipca 2017

Semestr hodowcy

Buczyna w LZD w Krynicy

Studia leśnictwa mają swój kulminacyjny punkt na trzecim roku. Punkt, po którym do tytułu inżyniera jest już tylko z górki. Ów punkt kulminacyjny to hodowla lasu. Zwłaszcza w Krakowie, gdzie przedmiot ten za sprawą prof. Jaworskiego ma głębokie tradycje.

Choć nestor krakowskich hodowców odszedł już kilka lat temu na emeryturę, to przedmiot stoi nadal na wysokim poziomie i jest jedną z kobył na studiach. Oczywiście dla tych, którzy z nauką nie zawsze są za pan brat, bo jeśli ktoś włoży w w poznawanie tajników hodowli trochę serca, dla tego będzie to tylko kolejny przystanek na studenckiej ścieżce. A jeśli ktoś zaangażuje się na maksa, ten wyniesie z hodowli dużo cennych wskazówek i cenne doświadczenie. Semestr szósty był niewątpliwie (nie umniejszając takim przedmiotom jak np. urządzanie lasu) semestrem hodowli.

Dla mnie najciekawsze z nauki hodowli lasu były ćwiczenia terenowe. Kilka dni spędzonych w Puszczy Niepołomickiej, a następnie w lasach LZD w Krynicy bardzo mi się podobało. Na terenówkach, jako początkujący hodowcy lasu, wyznaczaliśmy m.in. trzebieże (czyli jakby porządkowanie lasu, pielęgnowanie go, by za kilkadziesiąt lat ścięte drzewo dało drewno najwyższej jakości). Było przy tym sporo emocji, sporo wątpliwości, dyskusje...

Bardzo podobało mi się, że nasz prowadzący zwracał dużą uwagę na ekologiczne funkcje lasu. Drzewa, które wielu studentów wyznaczyłoby do ścięcia, drzewa z grzybami, dziuplami, rozmaitymi skrętami włókien, drzewa bardzo gałęziste, złomy, one nie zostały wyznaczone do wycięcia. To bardzo ważne, bo właśnie takie drzewa często zasiedlają pożyteczne, rzadkie owady m.in. nadobnica, właśnie takie drzewa obierają sobie za miejsce gniazdowania rzadkie gatunki ptaków - bociany czarne, puszczyk uralski, muchołówki, sowy, dzięcioły. Nic tak nie uczy, jak praktyka! ;) Wniosek, jaki udało mi się wyciągnąć jest taki, że pogodzenie produkcyjnych funkcji lasu (wytwarzanie drewna jak najlepszej jakości) i funkcji ekologicznych (las to przecież przede wszystkim dom wielu gatunków zwierząt!) jest bardzo trudne, ale nie jest dla leśnika rzeczą niemożliwą. Wymaga jednak od osoby gospodarującej lasem bardzo dużej wrażliwości i rozwagi w wyznaczaniu zabiegów.

Ważną częścią ćwiczeń terenowych z hodowli lasu były odwiedziny w rezerwatach ze starodrzewiem - lasach o charakterze pierwotnym. Wydaje mi się, że edukacja na temat tych miejsc, w których możemy obserwować naturalne procesy odnowienia, wymianę pokoleń drzew, zastępowanie jednych gatunków innymi, powinna być nieco bardziej akcentowana w toku studiów. Tematy te zostały nam w ciągu kilku godzin jedynie nakreślone. A przecież lasy naturalne, lasy pierwotne, rezerwaty, cenne drzewostany to temat tak rozległy, że spokojnie mogłyby być wykładane jako osobny przedmiot. Mogłyby zastąpić np. budownictwo drogowe (przecież tym i tak zajmują się firmy zewnętrzne!), czy jakiś inny przedmiot będący po prostu "zapychaczem" dla odpowiedniej ilości punktów ECTS. Często przyczyną sporów (jak widzimy w przypadku Puszczy Białowieskiej, ale i w innych dziedzinach życia) jest brak wiedzy. Na ćwiczeniach terenowych mogliśmy na własne oczy zobaczyć, jak wygląda rozwój lasu, w którym człowiek nie przewodzi temu procesowi. Poniżej zdjęcia z Rezerwatu Lipówka w Puszczy Niepołomickiej.

Rezerwat Lipówka w Puszczy Niepołomickiej

Rezerwat Lipówka w Puszczy Niepołomickiej

Kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt (i nie mówię na wyrost) godzin nauki najpierw na zaliczenie ćwiczeń, a później na egzamin, nie poszło na marne. Hodowla lasu (przynajmniej w wydaniu przedmiotu studiów) jest już za mną... Teraz tylko wakacje i ostatnia prosta do upragnionej inżynierki :)



środa, 5 lipca 2017

Utrwal swoje wspomnienia na papierze!



Przepraszamy za reklamy! :)

Choć generalnie sami nie lubimy czytać, a tym bardziej publikować reklam, to w tym przypadku zdecydowaliśmy się nagiąć nieco nasze zasady i podzielić się z Wami (bo naprawdę warto!) wykonanym przez nas wspólnie z firmą Saal Digital Polska​ testem fotoksiążki ;)

Test polegał na stworzeniu własnej fotoksiążki/fotoalbumu (do łączenia zdjęć posłużyła specjalna, prosta w obsłudze aplikacja, którą można pobrać na stronie internetowej). Efekty tego okazały się naprawdę znakomite!
- Producent używa dobrej jakości papieru, który nie przekształca kolorów wykonanych przez nas zdjęć (do wyboru papier matowy/błyszczący - my wybraliśmy błyszczący)
- Testowaliśmy fotoksiążkę w formacie 15x21 cm - można też łączyć zdjęcie na dwie strony - co powoduje, że na dobrą sprawę zdjęcia prezentowane mogą być w formacie 30x21cm (A4!)
- Oprawa fotoksiążki jest naprawdę solidna, nie ma tutaj niedociągnięć, powinna posłużyć wiele lat nie tylko stojąc zakurzona na regale, ale oglądana... ;)
- Czas realizacji zamówienia, kontakt z producentem - tutaj też nie mamy nic do zarzucenia, książka, drukowana w Niemczech - doszła do nas w czasie krótszym niż tydzień od dnia zamówienia! :)
- Jedynym mankamentem, który może nieco nas powstrzymać przed skorzystaniem z usług firmy jest cena, nieco wyższa, niż proponowana przez tzw. fotograficzne sieciówki - można jednak szczerze powiedzieć, że w przypadku Saal Digital Polska wraz z ceną idzie wysoka jakość produktu!

Fotoksiążka idealnie nadaje się do utrwalenia przygód z podróży - również tych połączonych z podziwianiem naszej, polskiej przyrody :)

W ofercie Saal Digital Polska są również plakaty, fotozeszyty, fotoobrazy i wiele wiele innych... Sprawdźcie sami na www.saal-digital.pl :)

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Na tropie cietrzewi


Torfowisko o poranku

Sobota, godzina piąta nad ranem. Bezchmurne niebo, pokryte niesamowitym gwiezdnym dywanem. Ze wschodu, lekko zaczyna się przejaśniać. Wysiadam z samochodu w Chyżnem, kilkadziesiąt metrów od ostatnich budynków, idę w stronę lasu. Mimo wcześniejszych tylko trzech godzin snu i ponad godziny jazdy, w ogóle nie chce mi się spać. To chyba emocje...

Przygotowując się do monitorowania cietrzewi czytałem, że ptaki te zaczynają tokować niecałą godzinę przed wschodem. Idąc przez las słucham uważnie każdego szumu. A to jakiś gryzoń przebiegł, a to rudzik szykował się do porannego koncertu. Nasłuchuję cietrzewi, nasłuchuję też skowronków, bo to ponoć one dają sygnał do rozpoczęcia tokowiska. Cisza.

Do wschodu pozostała niecała godzina. Jest już coraz jaśniej, gwiazdy chowają się, powoli ustępując miejsca tej najbliższej ziemi - Słońcu. Zajmuję miejsce za kępą turzycy i czekam. Za plecami przebiega mi kuna, ja zaś niemal nieruchomy, wpatruję się lornetką w otwartą przestrzeń próbując dostrzec jakikolwiek ruch. Bezskutecznie. Minuty mijają, a tu dalej cisza. Po kilkunastu minutach oczekiwania powoli zmieniam pozycję. Wychodzę z lasu na otwartą przestrzeń i właśnie ogarnia mnie wielkie zdumienie. Otóż, żeby znaleźć się w kolejnym miejscu obserwacji, muszę pokonać fragment torfowiska. Uważnie stawiam kolejne kroki po kępach turzyc, które są gwarantem zachowania suchych butów. Jak się okazuje - nie wszystkie. Część turzyc to pułapki, dzięki czemu moje nogi aż po kolana mogą się skąpać w torfie. Jak niebezpieczna dla życia jest to kąpiel, przekonało się już wielu, którzy w torfowiskach skąpali się na wieki...

Nasłuchuję na kolejnym punkcie, ale nadal nic. Tylko kozioł sarny nieopodal szczekając wyraża swoje zaniepokojenie. Głos rozchodzi się po całej okolicy. Idę dalej. Bębnią już dzięcioły, ptaki licytują się w swoich pieśniach, który głośniej, który ładniej. Tylko cietrzewi brak. Nagle, słyszę znany mi z nagrań "Jaki to ptak?" głos. Czuszykanie. Czyżby zaczęły się gody cietrzewi? Powoli podchodzę bliżej, serce wali mi jak młot pneumatyczny tak, że chyba w całej okolicy nie ma niczego głośniejszego. Tu jednak okazuje się, że rzekomy głos wydaje sójka, która w prima aprilis postanowiła zrobić mi niezły żart. Tak jak i chwilę później - udając jastrzębia.

Przechodząc dalej mijam łany bagna zwyczajnego. Mówią, że roślina ta jest niezłym dopalaczem, a przechodząc pomiędzy bagnami można poczuć wielkie odprężenie. Mi tam zapach skojarzył się z cytryną, nie czułem żadnych efektów ubocznych. Chwilę po godzinie ósmej wracam pod samochód. Wychodząc z lasu obserwuję skowronki, przeglądam też niebo w poszukiwaniu ptaków drapieżnych. Również bezskutecznie.

Choć tokujących cietrzewi nie spotkałem, to jednak uczestnictwo w perfekcyjnie zorganizowanej akcji, podczas której wszystkim obserwatorom udało się zliczyć około 30 ptaków i wrażenia z wędrowania po grząskim podłożu torfowiska zostaną w mojej pamięci na długo. Może następnym razem i mi się poszczęści? Mam wielką ochotę sprawdzić to już niebawem... :)

Płonnik pospolity - niczym las z lotu ptaka

Turzyca tunikowa - były w kolorach siwych i złotawych

Bagno zwyczajne



PS. Kolejne liczenie jeszcze w kwietniu. Trzymajcie kciuki!

wtorek, 22 grudnia 2015

W poszukiwaniu zimy - Świnica

Świnica (2301 m n.p.m.)
22 grudnia – pierwszy dzień zimy… kalendarzowej. Gdy wychylam głowę za okno krakowskiego mieszkania to tej zimy nie widać. Nie ma ani śniegu, ani mrozu i nic nie zapowiada, by ten stan się zmienił. W poszukiwaniu zimy, tej prawdziwej, udałem się w Tatry z ambitnym planem zdobycia Świnicy.

Już sam początek wędrówki zapowiadał się obiecująco. Nie minęło 10 minut, a zaliczyłem pierwszą w tym sezonie lodową glebę.  Żółty szlak z Kuźnic przez Dolinę Jaworzynki był bardzo oblodzony, ja jednak zamiast od razu założyć raki z uporem przedzierałem się przez „lodową trasę”. 20 minut marszu i… druga gleba. Miarka się przebrała, czas był najwyższy by założyć raki.

Maszerowało się o niebo lepiej. Krótka przerwa śniadaniowa w Murowańcu i kilka minut po godzinie 10:00 wraz z towarzyszem wędrówki ruszyliśmy w dalszą drogę zastanawiając się, który z wariantów obrać: czy kierować się niebieskim szlakiem na przełęcz Liliowe (miejsce oddzielające Tatry Wysokie i Tatry Zachodnie), czy czarnym bezpośrednio do Przełęczy Świnickiej. Po sprawdzeniu stanu stabilności pokrywy śnieżnej zdecydowaliśmy się na opcję drugą.

Wędrówka w górę przebiegała bez problemu. Głównym zmartwieniem był widok śmigłowca TOPR (w ciągu całego dnia aż cztery razy widzieliśmy śmigłowiec lecący w kierunku Orlej Perci). Drążąc schody w śniegu pokonywaliśmy Kotlinkę Świnicką z każdym krokiem zbliżając się do przełęczy. Aż tu nagle… Już widzieliśmy drogowskazy, już byliśmy 5 metrów od przełęczy… Powstrzymał nas ogromny nawis śnieżny, którego nie sposób było ominąć, a na który wchodząc spowodowalibyśmy lawinę. Obejść bokiem? Też się nie dało, gdyż obie ściany były bardzo, bardzo oblodzone. Czekany nie pomogły. Zawróciliśmy i spróbowaliśmy się dostać do grani sąsiednim fragmentem żlebu (tym, który idzie nieco na prawo od właściwej drogi). Przeszliśmy około 20 metrów, ale znów musieliśmy dać za wygraną, gdyż śnieg w tym miejscu nie był już tak stabilny.

Zdrowy rozsądek nakazał odwrót. Szybki zjazd na czterech literach Kotlinką Świnicką i już po chwili byliśmy w dolinie. Była już godzina 14:00, a więc należało się spieszyć, bo jak wiadomo, zimowe dni do najdłuższych nie należą, a w górach szybciej niż gdziekolwiek indziej robi się ciemno. Tuż po zmroku, wracając przez Boczań (szlak w górnej części jest bardzo oblodzony, mniej więcej w połowie – w lesie, robi się już przyjemniej) dotarliśmy do Kuźnic.

To moje drugie podejście na Świnicę i drugie nieudane. W zeszłym roku powstrzymała mnie mgła i opad śniegu, w tym… brak intuicji. Może gdyby iść przez Liliowe to by się udało? Mawiają, że do trzech razy sztuka. Wesołych Świąt!